DARMOWA DOSTAWA na wszystkie nasze książki! „Gry, których nie było” – już w sprzedaży!

Wywiad ze Zbigniewem Jankowskim – autorem książki „Wilczym śladem” i założycielem wydawnictwa Gamebook

Zapraszamy do lektury wywiadu, który przeprowadził Mariusz Czerwiński, miłośnik literatury i recenzent, publikujący na profilu „Zaczytany Nauczyciel”. W trakcie rozmowy Zbigniew Jankowski, autor „Wilczym śladem” i założyciel wydawnictwa Gamebook, odpowiada o pracy nad książką.Jakie były inspiracje? Skąd wziął się tytuł książki? Jakie emocje towarzyszyły premierze? Nad jaką książką pracuje obecnie Zbyszek? Zapraszamy do lektury!

Mariusz Czerwiński / Zaczytany Nauczyciel: Co skłoniło Cię do napisania właśnie „Wilczym Śladem”? Czy była jakaś konkretna sytuacja lub moment, który Cię zainspirował?

Zbigniew Jankowski: Wydarzeniem, od którego wszystko się zaczęło, była niepozorna rozmowa z moim redakcyjnym kolegą, Przemkiem Wańtuchowiczem (późniejszym redaktorem „Wilczym śladem”), o przekładzie książki o grze „Dark Souls” na język polski. Lubiłem radzić się Przemka. Powiedział, że do tej pozycji nie jest przekonany, ale chętnie przeczytałby taką książkę o „Wiedźminie 3”. Byliśmy – i nadal jesteśmy – wielkimi miłośnikami „Wiedźmina 3” i często o nim rozmawialiśmy. Oczywiście wówczas nie wiedziałem, dokąd zaprowadzi mnie ta rozmowa, ale pomysł został zasiany i wkrótce zabrałem się do pracy. Początkowo myślałem, że książkę oprę na kilku wywiadach i researchu tego, co znajduje się w Internecie. Ale praca zaczęła mnie pochłaniać i skończyło się na dwudziestu siedmiu wywiadach z twórcami gry.

Jak wyglądał Twój proces zbierania materiałów? Czy napotkałeś trudności podczas rozmów z bohaterami lub zdobywania informacji?

Na początku proces był dość chaotyczny, jak zawsze, gdy zaczyna się nowy projekt. Później było łatwiej, bo kolejne wywiady utwierdzały mnie w przekonaniu, że idę dobrym tropem i mam już odpowiednie podejście. Wybierałem rozmówcę na podstawie tego, który obszar projektowania „Wiedźmina 3” mnie interesował lub który uważałem za istotny, a następnie przygotowywałem się do rozmowy, szukając informacji o rozmówcy oraz jego specjalizacji. W trakcie rozmów starałem się, aby rozmówca po prostu opowiedział swoją historię. Ważne jest, aby zbudować w trakcie wywiadu relację opartą na zaufaniu. Jeśli to się uda, wówczas rozmowa przeradza się w coś głębszego. Często tak właśnie było.

Która część pracy nad reportażem była dla Ciebie największym wyzwaniem?

Po pierwsze: wywiady. Przygotowanie to jedno, ale każdy wywiad to ogromne wyzwanie i stres. A przecież nie pisałem książki „na etat”. To było niemalże poboczne zajęcie, więc czasami nawarstwiało się tak dużo spraw, że zaczynałem odczuwać potworne zmęczenie i chaos. To powodowało frustrację. Kilka razy miałem ochotę zakończyć ten projekt i porzucić pisanie książki.

Po drugie: iteracje. Pisanie, zwłaszcza pierwszego draftu, to czynność, która jest najwspanialszą rzeczą pod słońcem. Ale potem przychodzi konieczność dalszego iterowania tekstu, tak jak iteruje się gry wideo w trakcie produkcji. Powstaje drugi, trzeci, czwarty draft. Rozdziały są wielokrotnie przerabiane, przepisywane. Coś wypada z książki, coś do niej wskakuje. Trzeba te rzeczy połączyć. Wreszcie pojawiają się uwagi od betatesterów, redaktora, korekty – końcowy etap pracy jest szalenie wyczerpujący, bo autor pracuje na ostatnich oparach.

Skąd pomysł na taki tytuł książki?

Rozmyślałem nad kilkoma tytułami. Początkowo podobał mi się tytuł „Wilcza zamieć”, czyli wprost tytuł pieśni Priscilli. Ale ostatecznie rozwiązanie przyszło same – to klamra, która znajduje się na końcu opowieści. Przez cały czas Czytelnik podąża śladami twórców „Wiedźmina 3”, a nie ma ważniejszego symbolu niż medalion szkoły wilka, który nosi Geralt. Alegoria narzuca się sama. Czytelnik podąża tropem watahy wilków ze studia CD Projekt – wówczas jeszcze młodych wilków, którzy zamarzyli sobie zrobić najlepszą grę wideo na świecie. Zresztą kilka „zbuntowanych” wilków z watahy założyło potem studio Rebel Wolves.

Nie patrzyłem szczególnie na kwestie marketingowe. Być może z tego punktu widzenia „Wilcza zamieć” byłaby lepszym wyborem. Ale chciałem, aby tytuł działał samodzielnie, aby ta książka mogła mieć własne życie i tożsamość, bo nie jest to książka tylko o grze. Oczywiście o wykorzystaniu zastrzeżonej nazwy nie było mowy, więc ostatecznie „Wilczym śladem” zaczęło mi się podobać, i tak zostało. A że przy okazji ta sama fraza pojawia się w wierszu, który śpiewa Priscilla („Za wilczym śladem podążę w zamieć”), to jest w tym tytule również odpowiednia dawka „Wiedźmina 3”.

Czy był jakiś moment, który szczególnie Cię poruszył lub zmienił Twoje spojrzenie na opisywaną historię?

Na pewno poruszyła mnie historia Karoliny Grochowskiej. Długo zastanawiałem się, w jaki sposób ująć ten temat. Gra została dedykowana jej pamięci, więc uznałem, że jest to na tyle ważne, że powinno znaleźć się w książce i być odpowiednio wyeksponowane. W toku zgłębiania historii powstania gry okazało się, że losy projektu nie pozostawały obojętne na to, co dzieje się w życiu osobistym twórców. Byłem tutaj ostrożny, bowiem nie chciałem odsłaniać zbyt wiele prywatności – tylko tyle, ile jest potrzebne.

Oczywiście jest więcej historii w tej książce, które mogą być uniwersalnym, życiowym przesłaniem. Zazdroszczę twórcom „Wiedźmina 3”, a jestem ich rówieśnikiem, że będąc tak młodymi ludźmi, byli tak uparci – że wreszcie dopięli swego, dołączyli do CD Projektu w odpowiednim momencie i zaczęli robić w życiu to, co kochali. A przecież jest i druga strona medalu: to cudowne, romantyczne tworzenie gier okazało się drogą przez mękę. To przecież też jest poruszające zagadnienie.

Jak udaje Ci się zachować równowagę między wiernością faktom, a atrakcyjnym stylem narracji?

Wiedziałem, że dla miłośników klasycznego reportażu atrakcyjna narracja może być za daleko idącą, ale dla mnie było to niezwykle pasjonujące wyzwanie: przedstawić prawdziwą historią o powstaniu gry komputerowej w formie powieści. Literatura faktu to dziś bardzo obszerne pojęcie. Autorzy starają się szukać dla siebie nowej przestrzeni w tym gatunku. Osobiście podoba mi się określenie „powieść dokumentalna”, które padało już jako propozycja, która wyróżniłaby reportaż literacki (fabularyzowany) od klasycznego reportażu.

Czy miałeś jakieś wątpliwości lub obawy podczas publikacji – na przykład dotyczące reakcji bohaterów lub odbiorców?

Stres przed premierą był gigantyczny. Miałem duże obawy, jak książka zostanie przyjęta przez publikę. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Owszem, z relacji osób, które przeczytały „Wilczym śladem” przed premierą, wynikało, że będzie dobrze, ale to było kilka osób, a na premierę wysyłaliśmy ponad tysiąc książek do pierwszych czytelników. Później szybko dochodzili kolejni, a zaraz za tym cała lawina recenzji i opinii. Na szczęście większość z nich była pozytywna, a przy okazji zacząłem otrzymywać prywatne wiadomości od moich rozmówców oraz ludzi, którzy pracowali przy „Wiedźminie 3”, czy w ogóle osób, które pracują w branży gier.

Pewna osoba napisała mi na LinkedIn, że oddałem „sprawiedliwość nie tylko samej grze, ale przede wszystkim jej twórcom, całemu backgroundowi i morderczej pracy, jaką wykonali”. Ktoś inny doceniał formułę i wielowarstwowość opowieści. Ktoś napisał, że nietypowa narracja sprawiła, że wręcz czuł, jakby był wtedy w studiu, a twórcy stali się jego bliskimi kolegami. Były to wzruszające wiadomości i wiele z nich stało się dla mnie największą nagrodą za trud, który włożyłem w napisanie tej książki. Spotkało mnie po premierze dużo dobra, a obawiałem się, że będzie odwrotnie.

Czy Twoje podejście do reportażu zmieniło się w trakcie pracy nad tym projektem?

W trakcie pracy nad książkę czytałem dużo różnych reportaży. Zarówno zagranicznych, głównie amerykańskich, jak i polskich – ze znakomitego zbioru „Antologia 100/XX” pod redakcją Mariusza Szczygła. To skarbnica reportaży i ogromne świadectwo polskiej historii. Myślę, że na początku „Wilczym śladem” było jeszcze bardziej narracyjne, fabularyzowane. Stosowałem różne sztuczki beletrystyczne, aby podkręcać tempo, niczym w thrillerze. Później stopniowo usuwałem to, co uważałem, że przestało spełniać kryteria, które sobie wyznaczyłem. Tonowałem emocje. W tej historii w różnych fragmentach narratorem stają się sami twórcy. Jest to zazwyczaj niedostrzegalne dla Czytelnika, ale dla mnie było bardzo ważnym zabiegiem artystycznym.

Jakie były reakcje osób, które występują w Twoim reportażu, kiedy przeczytały jego ostateczną wersję?

Jak już wspomniałem powyżej, kilku moich rozmówców pogratulowało mi książki. Byli zaskoczeni sposobem, w jaki ująłem ten temat. Jeden z twórców powiedział, że przeczytał książkę w dwa dni, bo nie mógł się oderwać, a w głowie, gdy czytał dialogi, dosłownie słyszał głosy koleżanek i kolegów, z którymi kiedyś codziennie się spotykał. Ktoś inny wspomniał, że czytając książkę, ma wrażenie czytania baśni o tworzeniu gry wideo. Zaskakujące, jak w różny sposób można odebrać tę książkę.

Czy planujesz kontynuować pracę w tym gatunku, a może masz już pomysł na kolejny temat?

Od zawsze fascynowało mnie opowiadanie historii. To dlatego lubię gry skupione na narracji, takie jak „Wiedźmin 3”, trylogia „Mass Effect” czy „The Last of Us”. Silną motywacją do napisania książki była chęć poznania projektantów questów i zespołu pisarskiego, który napisał dialogi i scenariusze questów do „Wiedźmina 3”. Uważam, że „Wiedźmin 3” jest tak cenioną grą, ponieważ miał silny fundament, jakim było znakomite pisarstwo. Cała reszta zbudowana została wokół tego (i też zasługuje na uznanie).

Chciałbym więc spróbować swoich sił w fikcji i obecnie zacząłem pracę nad powieścią. Jeden z recenzentów napisał, że „Wilczym śladem” czyta się niczym dobry kryminał, a inny dodał, że moje lekkie pióro mogłoby sprawdzić się w pracy czysto fabularnej. To bardzo zachęcające, więc nie pozostaje mi nic innego, tylko spróbować.

Nie wiem, gdzie mnie to zaprowadzi, ale ekscytuję się tym projektem tak samo, jak wtedy, gdy zaczynałem pracę nad „Wilczym śladem”. Zresztą fikcja i literatura non-fiction mają wspólny mianownik: zazwyczaj najlepsze książki obu gatunków opowiadają o ludziach. Czasami wymyśleni przez pisarza bohaterowie fikcji wydają się prawdziwsi od bohaterów literatury faktu. Stoi za tym metafora, znana właśnie autorom fikcji, ale to dobry trop również dla mnie.

Jakie emocje towarzyszyły Ci najczęściej podczas pisania – frustracja, ekscytacja, a może coś zupełnie innego?

Pełny wachlarz uczuć: od ekscytacji, przez frustrację, po psychiczne i fizyczne wyczerpanie, kiedy myślisz, że meta jest blisko, a jednak jest jeszcze bardzo daleko. Kiedy wydaje ci się, że masz całkiem dobry drugi czy trzeci draft, a potem dajesz tekst do przeczytania komuś z wysoką wrażliwością językową, komuś oczytanemu tak bardzo, że twój tekst jest dla niego zaledwie poprawny, a miejscami wręcz zły. Wtedy zakasujesz rękawy, obkładasz się słownikami i literaturą klasyczną, i pracujesz, pracujesz, pracujesz. „Nie ma w tym romantyzmu”, zacytuję „Wilczym śladem”, i tak jest również przy pisaniu książki. Nie szukasz weny czy uniesienia. Nie piszesz w wynajętym apartamencie z widokiem na Tatry albo w chatce nad jeziorem. Wstajesz, obmywasz wodą twarz, jesz kanapkę i siadasz przed klawiaturą – w moim przypadku codziennie o piątej rano, bo pisałem przed właściwą pracą – siadasz więc i piszesz.

Czy w trakcie pracy nad tekstem musiałeś dokonać jakichś trudnych wyborów etycznych?

Raczej trudne decyzje, na przykład usunięcie pozornie ciekawych fragmentów czy nawet rozdziałów. Dla zachowania dynamiki, tempa. Albo ze względu na objętość. Skracanie tekstu, podobnie jak usuwane całych misji w grach wideo, jest jednym ze sposobów na to, aby polepszyć całość. Zazwyczaj usuwane rzeczy po prostu były słabsze niż reszta. Dziś może ciąłbym nawet głębiej.

Jakie reportaże lub autorzy Cię inspirują i dlaczego?

Każdy reportaż ze wspomnianej „Antologii” pod redakcją Mariusza Szczygła to szansa na inspirację. A jest tam kilkudziesięciu autorów. Lubię, gdy reportaż jest napisany językiem literackim i ma formę przypominającą prozę, jak choćby wczesne reportaże Bolesława Prusa, który pisał szkice z życia mieszkańców, nie nazywając ich reportażami. Dla Prusa był to, jak sam mówił, „odrębny rodzaj prozy”. Im bliżej reportażowi do opowiadania, tym bardziej mi się reportaż podoba.

Jaka jest Twoja ulubiona książka? Co czytasz gdy nie piszesz?

Mam dużo ulubionych książek, a wymienienie jednej byłoby niegodziwością dla pozostałych. Staram się obecnie skrupulatnie wybierać to, co czytam, bo oferta jest bardzo duża. Życia nie starczy, żeby wszystko przeczytać. Regularnie sięgam po klasykę polską i zagraniczną. Wracam do znanych dzieł, aby odkryć je na nowo (Prus, Reymont, Żeromski, Lem, a dalej Dostojewski, Hemingway, Dickens). Czytam te rzeczy na przemian z czymś lżejszym, choć znów niekoniecznie dopiero co wydanym. Daje to ciekawe doznania. Klasyka działa na wyobraźnię inaczej niż kryminał czy thriller albo lubiane przez mnie SF.

Czy masz jakiś stały rytuał, który pomaga pisać – może ulubione miejsce, porę dnia lub muzykę?

Pisanie traktuję tak jak każde inne zajęcie, którego się podejmuję. Staram się to robić najlepiej jak potrafię. Nie szukam weny czy uniesienia, raczej momentu dnia, kiedy moja kreatywność jest na najwyższych obrotach, i zabieram się do roboty. Rytuały nie. Raczej dobre nawyki. Pisze mi się najlepiej rano i w absolutnej ciszy.

Co w procesie pisarskim lub wydawniczym najbardziej Cię irytuje?

W pisaniu irytuje mnie własna niedoskonałość – braki w rzemiośle czy wiedzy, którą muszę szybko uzupełniać, bo przecież „Wilczym śladem” to pierwsza książka, którą wydałem (co nie znaczy, że pierwsza, którą napisałem). Oczywiście moje próby literackie sięgają czasów szkoły podstawowej czy liceum, ale wtedy wszystko (lub prawie wszystko) leciało do szuflady i do niczego się nie nadawało. Na szczęście przez całe te lata miałem nieustanną styczność z językiem: jako dziennikarz napisałem setki, jeśli nie tysiące artykułów, a jako redaktor szlifowałem kolejne stosy tekstów, więc nie zaczynałem od zera.

Proces wydawniczy jest raczej schematyczny i jeśli coś w nim jest irytującego to jedynie daty, których nie wolno przekroczyć, bo inaczej książka nie ukaże się w terminie. Ale te daty są tez zbawieniem. Poprawiałem „Wilczym śladem” w ostatni dzień przed wysyłką do drukarni i to była gruba przesada, bo te poprawki nie miały już znaczenia. Nikt nie zobaczył różnicy.

Jakie znaczenie miało dla Ciebie nadanie głosu bohaterom Twojego reportażu – czy czułeś odpowiedzialność za ich historie?

Chciałem, aby konstrukcja książki była taka, że narrator opowiada o konkretnej dziedzinie tworzenia gry poprzez wprowadzonego na scenę bohatera. Jeśli mówimy o motion capture, to pojawia się Maciej Kwiatkowski, wcielający się w Geralta. Gdy opowiadam o queście „Krwawy Baron”, na scenę wchodzą Karolina Stachyra i Paweł Sasko, odpowiedzialni za ten quest. Pokazanie ludzi-twórców stało się w pewnym momencie moją obsesją i chciałem rozmawiać z każdym (i nikogo ważnego nie pominąć), aż wreszcie zrozumiałem, że to nie uczyni tej książki lepszą. Liczba bohaterów i tak jest zbyt duża. A nad grą pracowało kilkaset osób.

Jakie opinie czytelników i krytyków są dla Ciebie najważniejsze? Czy wpływają one na to, co i jak będziesz dalej pisał?

Mógłbym powiedzieć frazes, że wartościowe są wszystkie opinie, ale prawda jest taka, że po premierze książki najbardziej wypatruje się tych pozytywnych. Co innego w trakcie pracy nad książką, gdy pokazuje się ją zaufanym betatesterom. Wtedy autor liczy na krytykę: im więcej, tym lepiej, bo może poprawiać.

Na pewno kilka recenzji wywarło na mnie duże wrażenie. To były zwłaszcza te, których autorzy dostrzegli w mojej książce coś więcej niż tylko historię powstania „Wiedźmina 3”. To bardzo miłe i motywujące.

Dlaczego zdecydowałaś się na założenie własnego wydawnictwa?

Z miłości do literatury i z miłości do gier wideo. Tak proste, a jednak prawdziwe. Szansy na duży zarobek nie widziałem, bo mówimy o niszy, gdzie sprzedanie dwóch czy trzech tysięcy sztuk graniczy z cudem, zwłaszcza jeśli traktuje się każdą wydaną przez siebie książkę z szacunkiem, a nie jak produkt, który na drugi dzień po premierze może zostać przeceniony o połowę, jak kiełbasa w markecie. Nie umniejszając dobrej kiełbasie.

Jakie jest Twoje największe pisarskie marzenie?

Otwarte pytania tego typu są najtrudniejsze. Trzeba zajrzeć w głąb siebie. Pisarze zazwyczaj marzą o bestsellerze, a większość po prostu o momencie, gdy będzie można żyć z pisania (co przy panujących stawkach i nakładach nie jest łatwe, zwłaszcza w przypadku debiutantów). Ja mam ten przywilej, że żyję z czegoś innego niż pisanie. Więc obecnie, dla mnie, samo pisanie jest spełnieniem marzeń. Trzy czy cztery lata temu w ogóle bym nie pomyślał, że wrócę do tych marzeń, napiszę książkę o „Wiedźminie 3” i zacznę pracować nad kolejną. Ale się udało i póki co to mi wystarczy.

Gdybyś mógł dać jedną radę komuś, kto chce napisać swój pierwszy reportaż, co by to było?

Nie jestem na tyle doświadczonym autorem, aby dawać rady. I nie wynika to z pokory, tylko z faktów. Są wokół wspaniali autorzy, którzy mają za sobą znakomite książki. Oni chętnie dzielą się wskazówkami. Są szkoły reportażu. Jest masa literatury i poradników. Można z tego czerpać.

Jeśli o mnie chodzi, mogę tylko powiedzieć o praktyce, że najważniejsza jest regularność. Zarówno przy zbieraniu materiału do reportażu, jak i późniejszym pisaniu. Po trochu, ale codziennie. W soboty i niedziele też. Innej drogi nie ma.

Na koniec najważniejsze pytanie – czy lubisz pizzę hawajską?

Podchwytliwe pytanie. Dawno nie jadłem. Ale wydaje mi się, że zjadłbym ją ze smakiem – jak każdą inną pizzę.

Wywiad pierwotnie ukazał się na profilu „Zaczytany Nauczyciel”.

Zobacz: „Wilczym śladem. Historia powstania gry Wiedźmin 3: Dziki Gon”

Produkt zostały dodany do koszyka

Przejdź do koszyka

Twój koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Łącznie: 0,00 zł

facebook instagram pinterest twitter youtube linkedin tiktok twitch spotify website search menu close shopping-cart information menu-arrow check arrow-left-short arrow-right-short arrow-right-long